Kopia czy oryginał? PDF Drukuj Email
24.01.12 | 03:06
To oczywiście pytanie retoryczne, bo nawet najlepszy tribute band nie jest w stanie idealnie podrobić brzmienia takiej grupy, jak Pink Floyd. I nikt tego nie powinien oczekiwać od The Australian Pink Floyd Show. Ich cel polega przede wszystkim na oddaniu atmosfery koncertów tej legendarnej grupy i z tego zadania wywiązują się nad wyraz dobrze. Co było widać m.in. podczas tegorocznego występu w katowickim Spodku.

 

PFS1Tak się złożyło, że po raz drugi miałem okazję przyjrzeć się tej australijskiej grupie. Co prawda poprzednim razem widziałem ich prawie cztery lata temu (podczas pierwszego występu w Katowicach 1 marca 2008r.), ale pod względem rozmachu widowiska nie zauważyłem, aby zaszły jakieś większe zmiany. Lasery i ekran za sceną były teraz z pewnością okazalsze, ale różnica nie była aż tak widoczna, jak można by się tego spodziewać po ubiegłorocznej trasie, podczas której sięgnięto po technologię 3D. Teraz z tego pomysłu zrezygnowano i może to nawet i lepiej, bo muzyka znów wróciła na pierwszy plan, a ona w przypadku twórczości Floydów była i jest zawsze najważniejsza.

 

 

W porównaniu z występem sprzed czterech lat znacznie poprawiło się za to nagłośnienie. Teraz każdy dźwięk, niuans techniki gry poszczególnych muzyków, za sprawą najnowocześniejszego systemu surround był lepiej słyszalny. I robiło to naprawdę bardzo dobre wrażenie – dawno nie słyszałem tak dobrze nagłośnionego koncertu, gdzie wszystkie instrumenty były słyszalne i nie zlewały się w jedną większą „papkę". Trzeba przyznać, że inżynier dźwięku, Colin Norfield, odwalił świetną robotę. Z pewnością na dłużej zapamiętam wplecione między „Sheep", a „High Hopes" bzyczenie muchy. A tego typu smaczków było podczas występu znaczniej więcej. „Wish You Were Here" np. poprzedził szumem przesuwanych ręcznie fal radiowych, w które wplótł wiązankę popowych przebojów, co wywołało salwę śmiechu na sali.

 

official_2012_photo_sO ile oddawanie brzmienia i naśladowanie techniki gry poszczególnych muzyków legendarnego składu Floydów jest mocną stroną koncertów Aussie Floyd, tak partie wokalne mogłyby być znacznie lepsze. Nowy wokalista, Alex McNamara, przesadnie nadużywał wysokich rejestrów oraz niepotrzebnie dodawał od siebie zwroty typu „oh jeah" co mogło drażnić ucho. W „The Great Gig in the Sky" zabrakło mi trochę polskiego akcentu – wokalizy Oli Bieńkowskiej, która wraz z gitarzystą Damianem Darlingtonem i basistą Ianem Cattellem odeszła do bliźniaczego projektu Brit Floyd. Jak widać nawet w tribute bandach zdarzają się rozłamy. Miejsce Oli zajęła Lara Smiles i jej przypadło zaśpiewanie większej części najsłynniejszej kobiecej wokalizy w historii muzyki rozrywkowej. W chórku znalazła się również Lorelei McBroom występująca z oryginalnym Pink Floyd na trasach "Momentary Lapse of Reason" i "Delicate Sound of Thunder".

 

Koncert podzielono zgodnie z wcześniejszą tradycją na dwie części z ok. dwudziestominutową przerwą pomiędzy. Setlista w tym roku była bardziej przekrojowa, choć tradycyjnie dominowały kompozycje z „The Wall" (6 z 21 nagrań). Nie zabrakło praktycznie żadnego z ponadczasowych szlagierów (może z wyjątkiem „Money", o którego bezskutecznie prosiła część publiczności). W porównaniu z wcześniejszymi koncertami sprzed paru dni z Wrocławia, Poznania i Warszawy nastąpiła drobna zmiana w setliście. Zamiast „Pigs" (Three Different Ones) katowicka publiczność usłyszała „Sheep". Moim zdaniem był to dobry wybór.

 

PFS2Bodźce wizualne bez większych zaskoczeń. W trakcie „Another Brick in the Wall Part 2" na prawym boku sceny pojawił się nadmuchany na całą wysokość sceny belfer z dyndającym penisem. „One of These Days" towarzyszył sporych rozmiarów różowy, uśmiechnięty kangur (choć bardziej przypominał mi jednak królika), który radośnie podrygiwał do rytmu. Do tego wszystkiego w trakcie bisowego „Comfortably Numb" nad sceną pojawiła się świecąca intensywnie jasnym światłem kula. Najefektowniejszy pokaz możliwości laserowych mieliśmy natomiast okazję zobaczyć w trakcie „Shine on You Crazy Diamond", gdzie charakterystyczna tęcza z okładki „Darkside of the Moon" zawisła nad całą długością Spodka.

 

Zaskoczył mnie za to doszczętnie entuzjazm publiczności. Takiej wrzawy, połączonej z intensywnym tupaniem nogami, jak podczas bisu, nie słyszałem od bardzo dawna na żadnym polskim koncercie, mimo że regularnie na nie uczęszczam. Przez te parę minut „kopiści" z Australian Pink Floyd mogli się poczuć, jakby byli tymi „autentycznymi" z krwi i kości Floydami. Przeżycie do pozazdroszczenia. Generalnie przyzwoity koncert i co ważniejsze święto muzyki, podczas którego starano się jak najwierniej odwzorować wykonania oryginalne. Dla osób, które nie miały możliwości być choćby na polskich koncertach Rogera Watersa i Davida Gilmoura, była to nie lada gratka. Doświadczeni fani mogli pobawić się przy ulubionych dźwiękach, a młodzież, której w Spodku również nie brakowało, przekonać się na własnej skórze, jak genialne i ponadczasowe piosenki stworzyli kiedyś Floydzi.

 

Sławomir Kruk

The Australian Pink Floyd Show, Katowice, Spodek, 22.01.2012;

 

 

AddThis Social Bookmark Button
 

Dodaj komentarz