| Kopia czy oryginał? |
|
|
|
| 24.01.12 | 03:06 |
|
To oczywiście pytanie retoryczne, bo nawet najlepszy tribute band nie jest w stanie idealnie podrobić brzmienia takiej grupy, jak Pink Floyd. I nikt tego nie powinien oczekiwać od The Australian Pink Floyd Show. Ich cel polega przede wszystkim na oddaniu atmosfery koncertów tej legendarnej grupy i z tego zadania wywiązują się nad wyraz dobrze. Co było widać m.in. podczas tegorocznego występu w katowickim Spodku.
W porównaniu z występem sprzed czterech lat znacznie poprawiło się za to nagłośnienie. Teraz każdy dźwięk, niuans techniki gry poszczególnych muzyków, za sprawą najnowocześniejszego systemu surround był lepiej słyszalny. I robiło to naprawdę bardzo dobre wrażenie – dawno nie słyszałem tak dobrze nagłośnionego koncertu, gdzie wszystkie instrumenty były słyszalne i nie zlewały się w jedną większą „papkę". Trzeba przyznać, że inżynier dźwięku, Colin Norfield, odwalił świetną robotę. Z pewnością na dłużej zapamiętam wplecione między „Sheep", a „High Hopes" bzyczenie muchy. A tego typu smaczków było podczas występu znaczniej więcej. „Wish You Were Here" np. poprzedził szumem przesuwanych ręcznie fal radiowych, w które wplótł wiązankę popowych przebojów, co wywołało salwę śmiechu na sali.
Koncert podzielono zgodnie z wcześniejszą tradycją na dwie części z ok. dwudziestominutową przerwą pomiędzy. Setlista w tym roku była bardziej przekrojowa, choć tradycyjnie dominowały kompozycje z „The Wall" (6 z 21 nagrań). Nie zabrakło praktycznie żadnego z ponadczasowych szlagierów (może z wyjątkiem „Money", o którego bezskutecznie prosiła część publiczności). W porównaniu z wcześniejszymi koncertami sprzed paru dni z Wrocławia, Poznania i Warszawy nastąpiła drobna zmiana w setliście. Zamiast „Pigs" (Three Different Ones) katowicka publiczność usłyszała „Sheep". Moim zdaniem był to dobry wybór.
Zaskoczył mnie za to doszczętnie entuzjazm publiczności. Takiej wrzawy, połączonej z intensywnym tupaniem nogami, jak podczas bisu, nie słyszałem od bardzo dawna na żadnym polskim koncercie, mimo że regularnie na nie uczęszczam. Przez te parę minut „kopiści" z Australian Pink Floyd mogli się poczuć, jakby byli tymi „autentycznymi" z krwi i kości Floydami. Przeżycie do pozazdroszczenia. Generalnie przyzwoity koncert i co ważniejsze święto muzyki, podczas którego starano się jak najwierniej odwzorować wykonania oryginalne. Dla osób, które nie miały możliwości być choćby na polskich koncertach Rogera Watersa i Davida Gilmoura, była to nie lada gratka. Doświadczeni fani mogli pobawić się przy ulubionych dźwiękach, a młodzież, której w Spodku również nie brakowało, przekonać się na własnej skórze, jak genialne i ponadczasowe piosenki stworzyli kiedyś Floydzi.
Sławomir Kruk The Australian Pink Floyd Show, Katowice, Spodek, 22.01.2012;
OSTATNIE WIADOMOŚCI W KATEGORII:
STARSZE WIADOMOŚCI W KATEGORII:
|







